PiS grzebie przy hazardzie

Sześć lat temu rządząca wtedy Polską Platforma Obywatelska uwikłała się w tzw. aferę hazardową, która doprowadziła do upadku kilku prominentnych polityków tej partii. Teraz pod naciskiem bukmacherskiego lobby do gmerania w tym grząskim bagienku zabierają się pretorianie Jarosława Kaczyńskiego.

Wygląda na to, że rząd PiS dokona jeszcze w tym roku zmiany w ustawie hazardowej wprowadzonej w 2009 roku przez koalicję PO-PSL. W lutym mają się ponoć rozpocząć tzw. konsultacje społeczne, ale to przecież tylko fikcja. Ustawa zostanie złożona w Sejmie zapewne w kształcie zaprojektowanym przez rządowych prawników pod naciskiem rozmaitych lobbystów. Z informacji o projektowanych zmianach w ustawie hazardowej jakie dotąd przeciekły do mediów, zwłaszcza tych dotyczących zakładów wzajemnych, wynika mniej więcej tyle, że firmy bukmacherskie znów będą mogły legalnie działać na terenie Polski, o ile rzecz jasna wykupią licencję za pół miliona złotych, No i ponadto płaciły podatek od zysków, którego wysokość nie została jeszcze ustalona, ale pewnie nie przekroczy dwudziestoprocentowego progu.

Nadzór i kontrolę nad rynkiem hazardowym nowa ustawa ma oddać w kompetencje izby skarbowej (obecnie nadzór sprawuje izba celna). Nowością jest zapowiedź blokowania stron internetowych tych bukmacherów, którzy nie wykupią licencji.

W naszym kraju w tej chwili oficjalnie działa tylko pięć firm -Fortuna, Milenium, STS, E-Toto i Totolotek. Muszą one konkurować z mnóstwem niezarejestrowane firm prowadzących w internecie bukmacherskie strony w języku polskim, ale z oferowane z serwerów na Gibraltarze czy Malcie, gdzie podatki są minimalne i nikt niczego nie kontroluje.

Agencja Deloitte szacuje rynek zakładów wząjemnych w Polsce na ok. 2,5 miliarda złotych, z czego prawie 70 procent obrotów przypada na firmy zarejestrowane za granicą, czyli działające w naszym kraju nielegalnie. Jeszcze większą przewagę mają one w segmencie zakładów zawieranych za pośrednictwem internetu, bo z obrotów szacowanych na 1,8 mld złotych zgarniają aż 91 procent. Z kolei nasze ministerstwo finansów podaje, że na nielegalny hazard internetowy Polacy wydają ponad dwa miliardy złotych rocznie.

Obowiązująca obecnie ustawa hazardowa nakłada na działające legalnie w Polsce firmy bukmacherskie 12-procentowy podatek od obrotu. Nietrudno policzyć, że z owych dwóch miliardów złotych do państwowej kasy powinno wpadać co roku mniej więcej 240 milionów złotych, a wpada ledwie jedna piąta z tej kwoty.

To jeden z powodów dla których starania lobbystów zaczynąją odnosić skutek. Najmocniej za zmianą ustawy lobbuje rzecz jasna środowisko ludzi żyjących ze sportu, wśród których najbardziej aktywny pod tym względem jest prezes PZPN Zbigniew Boniek, nawiasem mówiąc związany kontraktem reklamowym z jedną z działających poza granicami Polski firm buk-macherskich, co jest w przypadku prezesa związku sportowego co najmniej dwuznaczne. On i inni zwolennicy zliberalizowania ustawy hazardowej przekonują, że przed 2009 rokiem firma Unibet za tytuł sponsora I ligi piłkarskiej płaciła 7,5 mln złotych rocznie, firma Betclic sponsorowała Lecha Poznań kwotą 4 mln złotych rocznie, a firma bet-at-home tyle samo przelewała na konto Wisły Kraków. Po zmianie ustawy wszystkie wycofały się ze sponsoringu, ale lobbyści zapewniają, że jak tylko zmieni się w u nas prawo natychmiast powrócą.

I kuszą polityków wyliczeniami, że budżet państwa po zmianie ustawy hazardowej może zyskać (może, nie że zyska) nawet pięć miliardów złotych, natomiast do związków i klubów sportowych może popłynąć strumień pieniędzy szacowany na sto milionów złotych. Nie wygląda to wszystko jakoś przesadnie bogato, ale znacznie lepiej niż jest w tej chwili, więc polityków z partii „dobrej zmiany” nic pewnie nie powstrzyma przez uchwaleniem zaproponowanych zmian.

Czytaj całość w Dzienniku Trybuna, s.14

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.