Bartosz Andruszaniec: Gra o lepsze prawo gier

Prezentujemy rozmowę z radcą prawnym Bartoszem Andruszańcem, specjalistą od rynku gier hazardowych, która ukazała się w dzienniku „Rzeczpospolita”:

Rz: Dlaczego umówił się pan ze mną na rozmowę na ulicy, a nie na przykład w swojej kancelarii?

Bartosz Andruszaniec: Przejdźmy się kawałek. Coś panu pokażę. Wie pan, jak wyglądają wejścia do salonów gry na automatach?

Zwykle są bardzo kolorowe.

To niech pan je liczy.

Przeszliśmy dwieście metrów, a salonów było chyba z dziesięć.

No właśnie. Wszystkie działają nielegalnie. Ostatnie licencje na jednorękich bandytów poza kasynami wygasły z końcem 2015 r.

I to się dzieje na ulicy, której patronuje święty Jan Paweł II?

Ależ nie tylko tutaj. Zresztą hazard w ogóle jest daleki od świętości. Tu łamane są nie tyle Boże przykazania, ile ustawa o grach hazardowych.

Jesteśmy przecież w centrum Warszawy, wszystko widać jak na dłoni. Czy zatem celnicy nie mogą takich przybytków zamknąć, skoro są nielegalne?

To pytanie nie do mnie. Ja jestem niezależnym prawnikiem, a nie szefem Służby Celnej. Mogę tylko stwierdzić, że w praktyce nie działa dzisiejszy zakaz urządzania gier na automatach poza kasynami. Chyba coś nie gra w systemie egzekwowania tych przepisów.

Właściciele takich salonów twierdzą, że jeśli coś było nielegalne, to sposób wprowadzenia tego zakazu. Polski rząd nie zawiadomił Komisji Europejskiej o nałożeniu takich ograniczeń.

To nie jest takie proste. Gdy w 2009 r. wprowadzono ten zakaz, zresztą motywowany politycznie, rzeczywiście zaniedbano ten obowiązek. W ubiegłym roku jednak ustawę po raz kolejny znowelizowano, pojawiły się przepisy o podobnej treści i te już notyfikowano Komisji Europejskiej.

Sprawą zaniedbania notyfikacji zajmuje się Trybunał Sprawiedliwości UE, więc chyba nie można tego faktu lekceważyć?

Racja, jest takie postępowanie. Polski sąd karny, rozpatrujący sprawę operatora salonu gier, zapytał Trybunał właśnie o tę kwestię. Trudno się dziwić, że prawnicy broniący klientów oskarżonych o nielegalny hazard sugerują sądom takie środki. Wyroku w tej sprawie jeszcze nie ma. A nawet jeśli Trybunał uzna, że notyfikacja była w tym przypadku konieczna, to i tak nie będzie to silny argument na rzecz operatorów salonów gier. Przecież Komisja Europejska została już o tych ograniczeniach powiadomiona, choć z opóźnieniem. Państwo polskie naprawiło swój błąd.

Naprawiło też inne, bo w ubiegłym roku zniesiono zakaz zawierania zakładów bukmacherskich w internecie przez niepolskie podmioty.

To nie do końca rozwiązało problem. Dla dużych europejskich firm, które działają na rynku gier, zakłady wzajemne to tylko część biznesu, zresztą niekoniecznie najbardziej dochodowa. Najbardziej opłacalne są internetowe kasyna.

Według rządowego projektu nowelizacji ustawy hazardowej kasyna internetowe mają być zalegalizowane, ale tylko dla państwowego monopolisty. Argumentem za takim rozwiązaniem jest m.in. troska o to, by jak najmniej osób wpadło w uzależnienie od grania. Czy to dobry pomysł?

Uzależnienie od hazardu to rzeczywiście poważny problem. Do gry w pokera czy do innych gier o duże stawki siadają często osoby o dużych zdolnościach analitycznych, potrafiący opracować taktykę i strategię. Na co dzień używają tych zdolności w prowadzonym przez siebie biznesie i osiągają duże sukcesy. Niestety, potrafią szybko przegrać to, co zarobiły.

Przykłady krajów, które mają lub miały monopol na urządzanie hazardu, wskazują, że nie jest to najlepsze wyjście. Istnienie monopolisty prowokuje do powstawania kasyn czy salonów nielegalnych. Wtedy łatwo o dzikie reguły gry, a tym samym o łatwe popadanie w uzależnienia. Szwecja po takich doświadczeniach oraz krytycznych uwagach Komisji Europejskiej wycofuje się z państwowego monopolu. Tymczasem w sytuacji, gdy na rynku jest kilka dużych, konkurujących ze sobą podmiotów, to w interesie takich firm jest, by ludzie nie uzależniali się od hazardu. Bo to psuje im biznes. Gdy pojawi się ktoś, kto okrada grających i psuje reputację całej branży, sami dają znać regulatorowi o takich nieprawidłowościach.

Projekt zakłada, że gdy pojawią się nielegalni operatorzy gier przez internet, ich strony będą blokowane. Może jednak ograniczy się w ten sposób szarą strefę?

Takie blokady daje się obejść. We Włoszech też swego czasu wprowadzono takie narzędzie. Znalazł się na to sposób. Ktoś stworzył strony do grania, do których nie było publicznego dostępu z domowych komputerów. Za to powstała sieć specjalnych kafejek internetowych, z których dawało się tam wejść i grać. Zdobyło to nawet dużą popularność, zresztą Włosi w ogóle grają namiętnie. Na początku tego roku, w policyjnej akcji przeciwko organizatorom tego przedsięwzięcia aresztowano grupę ludzi prawdopodobnie powiązanych z lokalną mafią, która stworzyła sieć ponad 12 tys. terminali przyjmujących dziennie ponad 11 mln euro wpłat od klientów.

Blokowanie stron powinno być raczej uzupełnieniem przyjaznego systemu licencyjnego zachęcającego operatorów do współpracy z lokalnym regulatorem. Umożliwienie państwu blokowania stron hazardowych przy jednoczesnym wprowadzeniu monopolu i wykluczeniu z rynku uczciwych podmiotów z branży potencjalnie zainteresowanych licencją będzie sprzyjało powstawaniu prywatnych, niekoniecznie bezpiecznych dla gracza, inicjatyw, takich jak we Włoszech.

Czytaj dalej na rp.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.